|
Robert Duchesne - wspomnienia więźnia z ewakuacji obozu w styczniu 1945 r.
EXODUS z XXB.
Obóz XXB, który miał swoją siedzibę w Malborku nad Nogatem obejmował teren Prus Zachodnich i Gdańska. Ponieważ w wyniku zbliżania się frontu rosyjskiego jeńcy wojenni z 1A znaleźli się w stalagu XXB i zostali oni ewakuowani razem z nim, uznałem że ciekawym będzie opublikowanie (za zgodą nadawcy) listu adresowanego do mnie 21 stycznia 1975 przez Roberta Duchesne, głównego rzecznika obozu.
G. Paulus
Skrót
By opisać okręg Stalagu XXB mam tylko swoje własne, ubogie wspomnienia. Przy okazji wymiany życzeń noworocznych apelowałem do moich dawnych towarzyszy, ale z nimi jest podobnie…
Myślę, że teren Stalagu XXB obejmował szeroką deltę Wisły (3 ramiona: Wisła, Nogat i Elbląg). Ośrodkiem był obóz w Malborku, nad Nogatem, około 50 km od Gdańska. Na południe dochodził do Grudziądza, w którym znajdowało się więzienie wojskowe przydzielone administracyjnie do Stalagu XXB.
Znaczna większość jeńców wojennych z XXB zatrudniona była w Gotenhafen (Gdynia), Gdańsku i Elblągu (przedsiębiorstwa, stocznie, różny przemysł). By użyć terminologii z epoki, ci ludzie radzili sobie nieźle.
W wielkich, zadymionych barakach Gdańska – Biskupiej Górki znajdowało się wszystko: destylarnie, piece chlebowe, tłocznie oleju, piwnice z syconymi miodami. Wizyta w jednym z takich komand to było prawdziwe święto dla biednego rzecznika, przywykłego do surowego reżimu Stalagu XXB. W Biskupiej Górce zostałem przyjęty przez miejscowego rzecznika, sympatycznego George’a Zebier’a, pochodzącego i dziś jeszcze mieszkającego w Nivelles przy drodze na Charleroi. Za każdym razem był to prawdziwy festyn, który dzieliłem z moim gospodarzem i jego przyjacielem z kuchni, dzielnym kancelistą notarialnym o imieniu Jean, niestety, zmarłym kilka lat temu. Gdyby udało Ci się dotrzeć do George’a Zebier’a, na pewno udzieliłby Ci wielu informacji na temat ewakuacji liczny belgijskich ekip (komand) z rejonu Gdańska.
Między Gdańskiem a Malborkiem nasi towarzysze pracowali w grupach 2-3 osobowych na małych gospodarstwach. Na południe od Malborka zatrudnieni byli po dwudziestu w wielkich gospodarstwach, należących do pruskich ziemian, prawdziwych panów w swoich wioskach. Z tego co słyszałem część z nich ewakuowała się na zachód razem ze swoimi pracodawcami. Mogli korzystać z wózków, by wywieźć maksimum dóbr.
Chorzy, lekarze i pielęgniarze z lazaretu w Malborku pozostali na miejscu. Dostali się w ręce Rosjan, którzy ich zresztą ewakuowali do Torunia. Jeden z lekarzy francuskich powiedział mi, że podczas tej ewakuacji było tyle problemów, że ich radość i entuzjazm z powodu uwolnienia spadły do zera.
Ewakuacja głównego obozu z Wielbarku (Malbork) przeprowadzona została 20 stycznia wieczorem. Kolumna złożona z około 150 Belgów, Francuzów, Anglików, Serbów, Włochów i Rosjan eskortowana była przez uzbrojonych strażników pod rozkazami komendanta obozu. Po lodzie przeszła Nogat (ramie Wisły) a następnie Wisłę. Pierwszą noc spędziliśmy przy minus 19 stopniach, po drugiej stronie Wisły, na łące. Nie sądziłem, że człowiek może być tak wytrzymały. Nieszczęście jednych…, radość innych. Komendant po otrzymaniu danych na temat zmarłych tej nocy (więcej wśród starszych wiekiem strażników niż wśród jeńców) zdecydował, że od tej pory będziemy nocować po każdym etapie w stodołach. Na początku to głównie kilka „Lebensgaben” i przede wszystkim „Nescafe”, które zabraliśmy z sobą trzymały nas przy życiu. Potem musieliśmy się zadowalać, przy dziennych etapach po 30 – 35 km oficjalnymi racjami: jednym spleśniałym bochenkiem co 10 dni. Na szczęście jeńcy potrafili sobie radzić: dojenie krów, podbieranie jajek kurom (poranne wrzaski gospodarzy) były naszym cennym dodatkiem. Był także owies i żyto, które „mielono” kręcąc całą noc wielkim kołem maszyny znajdującej się w stodole.
Pewnego dnia ubito i poćwiartowano ochwaconego konia, następnie rozdzielono i ugotowano w wodzie jego łykowate mięso. Najpiękniejszym dniem był ten, w którym spotkaliśmy kolumnę Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, która poszukiwała nas i rozdała każdemu amerykańskie paczki. Tego dnia byliśmy największymi bogaczami.
Byłbym niesprawiedliwy w stosunku do naszych strażników, gdybym nie uściślił, że pod koniec naszego marszu byliśmy codziennie wspomagani kartoflami gotowanymi na parze, w wielkich pojemnikach przewidzianych do przyrządzania paszy dla świń. Całe gospodarstwa, starcy, kobiety i dzieci czekały na posterunku. Strażnicy przynosili te kartofle i wkładali je do wielkich drewnianych mis na środku podwórka. Na rozkaz gefreitera drzwi stodoły otwierały się. Wyobraź sobie taką scenę: horda popychających się, stłoczonych głodomorów, wywrócone misy, drogocenne bulwy podeptane i… niejadalne. Histeryczne krzyki, spazmy i to u ludzi, którzy do niedawna uważali się za wyższą rasę. Nazajutrz było jeszcze więcej gawiedzi, ale spektakl już się nie powtórzył. Stworzyliśmy własną „milicję”: na gwizdek gefreitera wraz z otwarciem drzwi stodoły wszyscy nasi jeńcy ustawili się równo w trzech szeregach i spokojnie podchodzili po odbiór swojej racji. Towarzyszyła im wielka wściekłość „Schleus”, którzy mało się nie podusili z gniewu wrzeszcząc: „Schnell! Schnell!”.
Po pokonaniu pieszo w takich właśnie warunkach prawie całych północnych Niemiec dotarliśmy w ciągu sześciu, siedmiu tygodni w okolice Hamburga. Naszą podróż kontynuowaliśmy dalej koleją, minęliśmy kompletnie zniszczone miasto, apokaliptyczne widoki, których nigdy nie zapomnimy.
Zanim opowiem dalsze losy naszej ewakuacji chcę podkreślić dwie rzeczy: 1. poświęcenie młodego lekarza Włocha, którego imienia nie pamiętam. Po pokonaniu każdego codziennego etapu, kiedy my padaliśmy skonani na słomę, siano lub gołą ziemię on chodził jeszcze od stodoły do stodoły lecząc kulejących, chorych oraz, niestety, umierających. 2. odwagę Josepha Werona, radiowca z Liege, który przemycił w swoich rzeczach nielegalny odbiornik, zmajstrowany w obozie. Zawdzięczamy mu bardzo dużo. O ile łatwiej było zaczynać dzienny etap gdy nasz towarzysz szeptał nam do ucha, ze alianci przekroczyli już Ren pod Remagen.
Kolej żelazna dowiozła nas 19 marca 1945 do Husum, portu nad Morzem Północnym w Szlezwiku-Holsztynie. Z Husum zostaliśmy przewiezieni do obozu w Schwerin-Nord blisko duńskiej granicy. Pobyt tam nie był bardzo ciężki, ponieważ byliśmy zaopatrywani przez duński i norweski Czerwony Krzyż oraz przez ich szefa Jacobsa, rzecznika Stalagu XA, który zaopatrzył nas w paczki z ryżem.
Myślę, że to Cię zainteresuje, że to właśnie w Szlezwiku napotkaliśmy kolumnę jeńców z 1A ze swoim rzecznikiem, chorążym Smets’em.
W Schwerin-Nord doczekaliśmy kapitulacji 8 maja. Wyzwoleni zostaliśmy mimo to dopiero 10 maja. Aż do 10 maja byliśmy pilnowani przez uzbrojonych Niemców. Anglicy przejeżdżali obok nas tam i z powrotem, ale nie mając żadnego rozkazu nas dotyczącego nie chcieli interweniować. Głupota, której nigdy im nie wybaczę ponieważ jeszcze 9 maja pewien młody Polak został zabity przez jednego feldfebla.
Belgowie zostali zgrupowani w Sudderstappel, porcie nad Morzem Północnym. Przewiezieni ciężarówkami do Luneburga zostaliśmy następnie repatriowani samolotem 3 czerwca 1945 r.
( - ) Robert Duchesne
Tłumaczył: Paweł Głogowski
|