Wspomnienia


Pani Eugenia Sadowska opowiada o deportacji w głąb Rosji
Najstraszniejszy był głód i pluskwy

źródło: Gazeta Malborska

"Wszystko w życiu można zmierzyć i zważyć. A czym zmierzyć ludzką tragedię?"- tymi słowami, pani Eugenia Sadowska chce zacząć swoją historię dwukrotnej deportacji w głąb Rosji. Zamierzałam napisać niedługi, oparty na opracowaniach artykuł, ze szczyptą wspomnień o tamtych czasach. Zmieniłam zdanie, głos oddałam świadkowi.

- Gehenna naszej rodziny zaczęła się z wybuchem II Wojny Światowej. Mieszkaliśmy na Kresach w woj. Nowogródzkim, w pięknej miejscowości, w dworku odziedziczonym po prababci. Dworek dziadek odnowił i mieszkało się nam wygodnie. Było nas czworo rodzeństwa i rodzice. Najstarsza siostra Mila była mężatką i mieszkała w Warszawie, a mąż był oficerem żandarmerii i pełnił służbę przy Belwederze. Brat był w wojsku, druga siostra, nauczycielka, pracowała w szkole w innej miejscowości. W domu była ja, najmłodsza z rodzeństwa, i chodziłam do szkoły podstawowej. Miałam 9 lat. Niepokój ogarnął rodziców, gdy pod koniec sierpnia szwagier przywiózł z Warszawy swoje dzieci ze słowami, że lada dzień będzie wojna i dzieci będą bezpieczniejsze na prowincji. Wiadomość o napaści Niemiec na Polskę przygnębiła ich - martwili się o syna i zięcia, którym przecież groziła śmierć. 17 września 1939 r. o świcie usłyszeliśmy czołgi, bo szosa była jakieś 100 m od domu. Patrzymy, za czołgami idzie mrowie wynędzniałych, brudnych czerwonoarmistów. Poczuliśmy grozę - oto zbliża się coś strasznego. Jeszcze pod koniec tego roku zaczęła się gehenna. Przyjechali radzieccy urzędnicy, zarekwirowali konie, które tatuś uwielbiał i hodował, dla wojska. Odebrano nam ziemie, ojca aresztowano. Na szczęście, miejscowa ludność wstawiła się za nim i w styczniu 1940 r. ojca wypuszczono. W tym samym roku, cały nasz inwentarz i zabudowania zabrano na tworzenie kołchozu - musieliśmy patrzeć, jak tracimy cały majątek. Nie mieliśmy dokąd uciekać… ale władze sowieckie znalazły rozwiązanie.

Pierwsza zsyłka

20 czerwca 1941 r. o świecie, pod dom zajechał wóz. Przyjechali z NKWD. Płakaliśmy wszyscy, szczególnie my, dzieci… oprócz mnie, były przecież małe dzieci mojej starszej siostry. Załadowano nas potem do zamkniętych wagonów. W naszym było sześć rodzin, raz dziennie dostawaliśmy wiadro wody i wiadro zupy. Po dwóch tygodniach, półżywych rozładowano nas w Abakanie, powiatowym mieście Krasnojarskiego Kraju. O ile dobrze pamiętam, nie dostaliśmy tam nic do jedzenia.
Po kolei, rozwożono nas samochodami po kołchozach. My, z trzydziestką innych rodzin, trafiliśmy do zakładu przerobu drewna zwanego "Lesozawod" nad rzeką Jenisej. Umieszczono nas w zapluskwionych, drewnianych barakach. Po trzech dniach, wszyscy dorośli poszli do pracy, za co dostawali kartki na chleb. Racja żywieniowa dla pracującego wynosiła 400 g. chleba, dla niepracującego 200 g. W sumie dostawaliśmy 1,6 kg na 6 osób, bo z tylu składała się nasza rodzina. Tata wyciągał kłody drewna z Jeniseju, była ostra zima, a my nie mieliśmy odpowiedniej odzieży i butów. Odmroził nogi, chorował, ale do pracy musiał chodzić. Panował głód, w sklepach nic nie było, wymienialiśmy ciuchy i inne rzeczy na chleb. Wiosną, my dzieci, zbieraliśmy kłosy na polu, mimo że nas wyganiano, straszono końmi. Mama robiła z owsa zupę, w której było dużo łusek - nazywaliśmy ja zupą plujką. Wygrzebywaliśmy zeszłoroczne ziemniaki z kartofliska i z tych zgniłych ziemniaków mama robiła placki. Chorowaliśmy z niedożywienia: zaczął się szkorbut, kurza ślepota, malaria i tyfus. Szczególnie umierali młodzi mężczyźni i kobiety, zostawały dzieci - sieroty.

Nadzieja

W 1942 roku pojawił się promyk nadziei. Po wizycie gen. Sikorskiego i Andersa w Moskwie zaczęły powstawać tzw. delegatury, do których przychodziły dary ze Stanów Zjednoczonych. Dostaliśmy ciepłe koce i trochę żywności, a osieroconym dzieciom zorganizowano dom dziecka. Dzięki staraniom kilku dzielnych i energicznych osób, dużą drewnianą szkołę zaadaptowano na sierociniec. Przyjechało do niego około 160 dzieci z całego Krasnojarskiego Kraju. Były wynędzniałe, zawszawione, a ich ciała owrzodzone. W tym czasie, w domu dziecka pracowała jako nauczycielka moja siostra, a tata jako pracownik gospodarczy. Było nam już trochę lżej. Pod koniec 1944 r. zaczęliśmy pisać listy do domu, jeden z nich trafił do siostry, która w czasie okupacji, z Warszawy, przyjechała na naszą zrujnowaną gospodarkę nie wiedząc, że jej dzieci i my zostaliśmy deportowani. Po otrzymaniu naszego listu zaczęła zabiegać o nasz powrót i dzięki jej staraniom (za łapówkę) ojciec dostał przepustkę na powrót do domu. Miejscowi z NKWD dziwili się, że tak się o nas upominają, ale przepustkę musieli wydać. Dzięki temu, w połowie lutego '45 zaczęliśmy wędrówkę powrotną do domu. Podróż była potworna - nieraz po kilka dni czekaliśmy na transport. Nasza podróż trwała 32 dni i dziś myślę, że cudem przeżyliśmy. 17 marca 1945 r. (dziwna zbieżność z datą wyzwolenia Malborka) zobaczyliśmy nasze zniszczone domostwo i radość siostry Mili z odzyskanych dzieci.

Radość trwała krótko

W maju '46 siostra z dziećmi i jeszcze z drugą naszą siostrą wyjechały do Polski. Rodzice i ja zostaliśmy, bo tatuś ciężko chorował - nieludzka praca na Syberii dała o sobie znać - a brat Antoni, jako akowiec, ukrywał się u nas, ponieważ groziło mu więzienie. Ja, po szkole podstawowej, zaczęłam się uczyć w średniej szkole pedagogicznej poza domem. Kiedy przyjechałam do domu na wakacje okazało się, że ojca aresztowano za nielegalne zajęcie domu, który należeć miał do kołchozu. Nasz rodzinny dom… Brata również pojmano, a mamie dali małą klitkę w letniej kuchni.
To były bardzo smutne wakacje - nie wiedziałam, gdzie są brat i ojciec.
Wróciłam do szkoły i tu też czekała mnie bardzo przykra niespodzianka. Zostałam wezwana przez dyrektora, który oznajmił, że nie mogę być uczennicą szkoły i przyszłym nauczycielem, bo moje pochodzenie społeczne, w ustroju ZSRR, na to nie pozwala. Załamałam się, nie miałam gdzie się podziać. Do domu nie mogłam wrócić, bo groził mi młodzieżowy obóz pracy w głębi Rosji (ZSRR wówczas). Miałam 18 lat, stracony rok nauki i czarną przyszłość przed sobą.

A jednak może się uda?

Pewnego dnia spotkałam Rosjankę, która pracowała jako kadrowa w przedsiębiorstwie handlowym. Powiedziała, że szuka 4 osób do technikum handlowego, jako przyszłych pracowników tego przedsiębiorstwa. Zostałam przyjęta do szkoły w Grodnie na podstawie skierowania, które dostałam od niej. Nauka trwała 3 lata. Teraz, z perspektywy lat, zastanawiam się, jak ja to wytrzymałam. Przecież znikąd nie miałam żadnego wsparcia, a uczyłam się dobrze i świadectwo dostałam bez trudu. Jako towaroznawca podjęłam pracę w hurtowni handlowej w Grodnie. Miałam 22 lata, dobrą pracę i bardzo porządnego narzeczonego. Jurek kończył studia na politechnice i miał 26 lat. Mieszkałam u miłej rodziny, miałam pokoik z ich pięcioletnią córeczką i mimo, że byli Rosjanami, traktowali mnie jak członka rodziny i bardzo lubili mojego chłopaka. Wszystko nareszcie układało się dobrze. Przyjechała do mnie mama, razem spędziłyśmy święta i Nowy Rok - 1952. W czerwcu tego rok mieliśmy się z Jurkiem pobrać. Nic nie wskazywało na to, że nadchodzi następna tragedia.

Droga na wschód

15 kwietnia 1952 r. w nocy, usłyszeliśmy łomotanie do drzwi. Dwóch enkawudzistów stanęło w drzwiach i powiedzieli, że przyszli sprawdzić dowody osobiste domowników, co było dziwne. Zaczęłam domyślać się, że może chodzić o mnie… Rzeczywiście - zabrali mój dowód i kazali szybko ubierać się, bo przenoszą mnie do innej republiki, gdzie będę mogła pracować na takich samych warunkach. Dwie noce przesiedziałam w zamkniętym wagonie, aż drugiej nocy, nad ranem przywieźli brata oraz kilka innych rodzin i wywieźli nas na wschód. W połowie drogi dowiedzieliśmy się, że w tym samym pociągu jedzie nasza mama. Po dwóch tygodniach wyładowano nas w pustym stepie, gdzie stało parę glinianych lepianek. Ale to nie koniec naszej podróży, bo dalej, przez bezkresny, dziki step, jechaliśmy ciężarówkami. Przejeżdżaliśmy przez miasteczko Abaj -Bazar i akurat był pochód pierwszomajowy. Zatrzymaliśmy się z jakiegoś powodu, a do ciężarówek zaczęli podbiegać ludzie z wodą i jedzeniem. Okazało się, że to Gruzini, których Stalin zesłał do Kazachstanu tak, jak teraz nas…

"Wy i doczekali"

Trafiliśmy na południe Kazachstanu, na plantację bawełny. To była ciężka praca i zbuntowałam się, nie chciałam pracować. Potem kolejno pracowałam w warsztatach ośrodka maszynowego i księgowości. Przyjaźniliśmy się z Gruzinami, z Kozakami też dobrze żyliśmy, różniliśmy się jedynie wyznaniami. Trudno im było pogodzić się, że nie wierzymy w ich Allacha. Co jedliśmy? Zamiast chleb, którego nie znali, lepioszki - przaśne placki, kukurydzę, owoce.. głodu tym razem nie było, za to upały nie do zniesienia. Kozacy, to bardzo szczery, hojny i uczciwy naród, ale ja chciałam do domu. Pod koniec 1954 r. napisałam list do władz ZSRR, by nas puścili do domu. W marcu '56 zostałam wezwana przed oblicze grubego Kozaka, który mówi do mnie tak: " wy i doczekali". Jechałam do domu!!!
W sierpniu dostaliśmy przepustkę na wyjazd, a 1-2 września byliśmy już w Malborku. Ktoś powie - dawne dzieje. Może… ale zostały przykre wspomnienia i stracone lata.


Spisała Iwona Kownacka


Eugenia Sadowska