Opowieści o polskich losach daleko od kraju
Przez Sybir, Indie i Palestynę
źródło: Gazeta Malborska
Janina Piccoli z Malborka ma 82 lata. Jest pogodna i nie daje się pokonać żadnej przeciwności losu.
Tłumaczy, że to tym, że przeżyła zsyłkę na Syberię i lata tułaczki, była także pomocnikiem mechanika w obsłudze legendarnego Dywizjonu 303. Niedawno otrzymała brytyjskie odznaczenie dla weteranów wojennych.
Jest ono nadawane od 1685 roku.
Nie trafiłaby pewnie do Anglii, gdyby nie Stalin, który zdecydował podczas wojny wywieźć na Sybir 1,7 miliona Polaków z kresów wschodnich. Wśród nich była Janina Piccoli z Malborka. Wtedy miała 16 lat. 9 lutego 1940 roku nie spodziewała się, że wydarzenia następnego dnia zmienią całe jej życie. Nad ranem, w drzwi jej rodzinnego domu w Ołyczce na Wołyniu, walili kolbami funkcjonariusze NKWD. Krzyczeli: wyjeżdżacie, ubierajcie się szybko i nic z sobą nie zabierajcie.
- Mama mówiła do mnie, bym wkładała na siebie wszystkie swoje rzeczy. Ojciec rozpłakał się.
Zostawiliśmy cały dobytek
i jechaliśmy w nieznane. Przeczuwał pewnie, że nie wróci już do Ołyczki - wspomina pani Janina.
Razem z nią, oprócz rodziców, musieli wyjechać siostra Jadzia i brat Roman z żoną i kilkuletnim dzieckiem. Pozostała trójka rodzeństwa Hela, Heniek i Frania była już na swoim i uniknęła deportacji. Pani Janina spotkała się z nimi dopiero po wojnie.
- Nasz tułaczy los rozpoczął się od wielotygodniowej podróży w potwornych warunkach w towarowym wagonie. Do jedzenia były tylko solone śledzie. Wody nie było, trzeba było topić śnieg, który zdobywaliśmy wystawiając za okno wiaderko na sznurku - opowiada Janina Piccoli. - Tak dojechaliśmy w rejon Archangielska. Ze stacji, na której wysiedliśmy, na miejsce pobytu, trzeba było jechać 4 dni saniami.
Ojciec zmarł
zaraz po przybyciu na miejsce zsyłki.
- Wykopaliśmy na bagnach dół. Tyle mogliśmy zrobić. Ani księdza, ani cmentarza. Następnego dnia do pracy. Musiałam nauczyć się powozić koniem, by na saniach dojechać do miejsca pracy. Bieda jest najlepszym nauczycielem. Na miejscu mężczyźni zajmowali się wyrębem drzew. Kobiety zajmowały się ociosywaniem pni z gałęzi - mówi pani Janina. - Głód zaglądał nam w oczy. Mama nie wytrzymała ciężkiej pracy. Zachorowała. Musieliśmy ją zawieść do odległego o 30 kilometrów szpitala, w którym nie było warunków do leczenia. Zmarła. Znów brat wykopał dół na bagnach. Wydawało się, że nie ma dla nas ratunku. Nasi radzieccy "opiekunowie" mówili, że do tej naszej pańskiej Polski już nie wrócimy.
Nadzieję na zmianę losu zrodziła wiadomość o ataku Hitlera na Związek Radziecki. Efektem był wyjazd do Uzbekistanu. Było wprawdzie cieplej, ale głód znów dawał się we znaki.
- Dostawaliśmy tylko trochę mąki. Zrywaliśmy, a potem kroiliśmy koński szczaw i to zaprawialiśmy mąką. Jedynym marzeniem było najeść się do syta chleba. Do dziś szanuję każdą jego okruszynkę - wspomina nestorka.
Ślub na 303
Dopiero organizowanie się polskiego wojska dawało realną szansę na zakończenie sowieckiej niewoli, ale jak się później okazało było też początkiem rozstania rodzeństwa. Brat zaciągnął się do Armii Andersa, walczył pod Monte Cassino. Jego żona wyjechała razem z innymi matkami z małymi dziećmi do Indii. Janina z siostrą wyjechały do Teheranu, tam jako ochotniczki wstąpiły do wojska. Następnie znalazły się w Palestynie. Potem los rzucił je do Anglii.
- Tam byłam pomocnikiem mechanika samolotów. Trafiłam do Dywizjonu 303. I tak poznałam męża, Romana Korpaka. Pobraliśmy się 5 marca 1944 roku - wspomina pani Janina.
Pamiątką z tego dnia jest ślubna fotografia. Z niej spogląda dwoje szczęśliwych ludzi w mundurach. Potem były urodziny syna Janusza w polskim szpitalu w Edynburgu.
- Nie chciałam wracać do kraju po zakończeniu wojny.
Nauczona doświadczeniem Sybiru
domyślałam się jaki czeka nas los. Mąż miał rodziców w kraju, koniecznie chciał wracać. I tak się stało. Roman był wielokrotnie wzywany na przesłuchanie do UB. Na kilka dni przed świętami trafiał do aresztu. Żałował, że nie został w Anglii. Mąż zmarł w 1955 roku. Zostałam sama z trójką dzieci. - mówi pani Janina.
Pomimo tragicznych losów rodziny z Ołyczki, rodzeństwo: Janina, Roman, Jadwiga, Hela, Heniek i Frania przeżyło wojnę. Dziś Janina Piccoli czasem opowiada swoją historię wnukom i dzieciom.
- Nie zapomnimy o niej - zapewnia syn, Jerzy Korpak.
Fot. archiwum
1.Janina i mężem Romanem Korpakiem szczęśliwi zaraz po ślubie.
2.Pamiątkowe zdjęcie Janiny Piccoli (pierwsza z lewej) z koleżankami, z którymi pełniła służbę wykonane 5 maja 1944 roku.
Z tyłu zdjęcia jest dedykacja: "Może gdzieś się spotkamy, gdzieś zobaczymy. Na ziemi wolnej kochanej Ojczyzny".
Spisała Grażyna Wosińska
|
|