Stalag XXB


Ivor H. S. Lipscombe - wspomnienia.


Lance-Corporal (starszy szeregowy) Ivor H. S. Lipscombe
Jednostka: 2nd Battalion The Dorsetshire Regiment.
Miejsce służby : Francja (wzięty do niewoli)
Wojskowy nr identyfikacyjny: 5724762
Jeniec wojenny nr 20890
Obozy jenieckie: Stalag IA, XXB.

We wrześniu 1939, w małej francuskiej wsi Rumegies, około dwóch mil od granicy Francusko-Belgijskiej, mój regiment 2. Batalionu Dorsetshires został rozmieszczony w stodołach, szopach i chlewach. Ja i trzydziestu moich kolegów byliśmy zakwaterowani w miejscowym teatrze, gdzie spaliśmy między rzędami przymocowanych foteli. Od września do kwietnia, kiedy nie pełniliśmy służby wartowniczej, maszerowaliśmy do granicy, gdzie utworzyliśmy zaimprowizowane rozszerzenie Linii Maginota, kopiąc głębokie przeciwpancerne rowy i budując bunkry, czasami aż po kolana w zimnym, mokrym, klejącym błocie.

4 maja 1940 o godzinie 1:30 zostałem wyrwany ze snu i rozkazano mi stanąć do raportu w kwaterze głównej o godzinie 2:00. Tam zostałem skierowany do oficera wywiadu, który wytłumaczył mi moje zadanie przy dużej ściennej mapie (którą sam poprzednio powiększyłem). Dostałem mapę, aby zaplanować podróż przez Belgię do miasta Ath. Około 6:00 rano z moim całym dobytkiem na plecach ruszyłem aby umieścić drogowskazy przy drodze do Ath dla mojego batalionu który miał podążać za mną. Kiedy cała brygada zebrała się wokół Ath, ruszyliśmy dalej w kierunku czegoś co wydawało się nam obozem wakacyjnym położonym wokół dużego jeziora. Wyglądało to bardzo spokojnie ale to właśnie tam dostaliśmy się pod ogień nieprzyjaciela. Zdziesiątkowani przez ogień piechoty i wojsk pancernych wycofaliśmy się pod osłoną ciemności maszerując przez trzy noce bez możliwości rozmowy lub zapalenia papierosa.

Dotarliśmy do francuskiej wsi Gore nad kanałem La Bassee - tej samej, gdzie mój regiment przeszedł chrzest bojowy podczas pierwszej wojnie światowej. Ja zostałem wyznaczony na nocną wartę. Następnego dnia nasz batalion ruszył, zostawiając mnie i czterech mężczyzn, abyśmy pełnili rolę tylnej straży. Przed południem nasza piątka została otoczona przez niemieckie czołgi. Po południu podjęliśmy szybką decyzję aby użyć naszej małej ciężarówki i spróbować przedzierać się, aby dołączyć do reszty batalionu. Spróbowaliśmy ale zawiedliśmy! Ciężarówka została obrzucona granatami i ostrzelana ogniem karabinów maszynowych. Nasz kierowca został zabity, a ja otrzymałem postrzał i zostałem zraniony odłamkiem w udo. Zostaliśmy wzięci do niewoli jako jeńcy wojenni. (Później dowiedziałem się, że nasz dowódca podpułkownik Stephenson doprowadził nasz batalion piechotą aż do plaż Dunkierki).

Przyjechał do nas Niemiec na motocyklu z przyczepą aby się nami zająć. Był on najwidoczniej jakimś ważnym oficerem. Po upewnieniu się, że byliśmy zupełnie rozbrojeni, podszedł do mnie, popatrzył na moje ranne udo i powiedział po angielsku, żeby dwaj nasi chłopcy zanieśli mnie do wózka przy jego motocyklu. Porozmawiał ze swoim kierowcą i zostałem zabrany ambulansem do budynku znajdującego się na terenie kopalni węgla. Dwaj niemieccy oficerowie przesłuchiwali mnie tego wieczora. Oni w końcu spojrzeli na siebie, potrząsnęli głowy i zostawili, prawdopodobnie myśląc, że również zostałem ranny w głowę. Spędziłem noc na noszach a następnego dnia zabrano mnie do pokoju gdzie niemieccy lekarze usunęli dwa pociski i odłamki z mojego uda.

Dochodziłem do siebie w dużej hali, która jak mi się wydaje była przebieralnią dla górników, ponieważ pod sufitem wisiało na łańcuchach wiele haków, na których wieszano ubrania. Było tam około trzydziestu brytyjskich żołnierzy leżących na podłodze Później zostaliśmy przewiezieni ciężarówkami do szpitala ‘Cambria’. Nie było żadnych wolnych łóżek więc zostaliśmy położeni na podłodze w kaplicy szpitalnej. Tu w ciszy pomyślałem o tym, że mam nadzieję, że niemiecki oficer, który mi pomógł przeżyje i wróci do swojej rodziny. Ciągle zastanawiam się, czy tak się stało. Dwa dni później miałem operację usunięcia gangreny z mojej rany. Francuski lekarz powiedział mi, że jeśli operacja nie zakończyłaby się pomyślnie, mógłbym stracić nogę. Nie wstydzę się moich łez kiedy później zobaczyłem moją nogę na swoim miejscu.

Następny etap podróży zaczął się około siedmiu dni później kiedy zostaliśmy spakowani do wagonów służących do przewozu bydła i wysłani do Polski koleją. Każdy wagon miał dwa otwory wentylacyjne zasłonięte żaluzjami. Kilku chłopców dostało biegunkę i smród był potworny. Spędziliśmy dwa dni w tych wagonach i dotarliśmy do Stalagu 1A - opuszczonych polskich koszar na przedmieściach Torunia. Będąc niezdolny do wykonywania pracy fizycznej zostałem przez Niemców wyznaczony odpowiedzialnym za wydawanie bonów śniadaniowych. Koszary były podzielone na oddziały z osobą z najwyższym stopniem jako szefem oddziału. Musiałem wydawać im bilety na obiad, jeden na każdą osobę w ich oddziale, w siedmiu różnych kolorach. Każdy oddział miał inny kolor każdego dnia. Bilety były wymieniane na codzienną rację wodnistej zupy przeważnie z brukwi i ziemniaków. Wszystko szło dobrze do czasu, aż Niemcy zdali sobie sprawę, że karmili około dwudziestu dodatkowego jeńców, których nie było. Wydawałem bony chorym i ciężko rannym, którzy byli w innym miejscu! Zostałem wylany z mojej posady i wysłany do Stalagu 20B, karnego obozu w pobliżu niemiecko-rosyjskiej granicy. To był obóz jeniecki z pierwszej wojny światowej i jeden starszy gość z naszego Pionieer Corps służył w tej wojnie. Po przyjeździe zostaliśmy policzeni, zbadani i sfotografowani z deską na szyi. Wtedy tak naprawdę zostałem jeńcem wojennym nr 20890 i pozostałem nim na następne cztery lata. Ustawiliśmy się w kolejce aby otrzymywać jeden koc (rojący się od wszy) i jedną parę drewnianych chodaków a następnie pomaszerowaliśmy do baraków, gdzie spędziliśmy następne cztery lata.

Teren obozu miał kształt prostokąta o powierzchni około ¼ mili kwadratowej a baraki były zbudowane na warstwie piasku o grubości ośmiu cali. Były też pomieszczenia dla niemieckich strażników łącznie z trzema wieżami obserwacyjnymi na których znajdowały się karabiny maszynowe a wszystko dookoła było otoczone drutem kolczastym. Nasze ustępy były zwykłymi długimi, głębokimi rowami ze skrzyżowanymi drągami na każdym końcu oraz pośrodku, natomiast „pisuary” były dużymi drewnianymi beczkami umieszczonymi w kilku punktach dookoła obozu. Zostały tak umieszczone, żeby reflektory mogły oświetlać kogoś korzystającego z nich w nocy. Jeżeli chciałeś z nich skorzystać musiałeś idąc tam i z powrotem klaskać rękami oraz kopnąć beczkę, z której korzystałeś! Zarówno ustępy, jak i beczki musiały być opróżniane. Do beczek potrzebnych było dwóch mężczyzn - po jednym na każdy koniec długiego drąga przekładanego przez dwie pętle ze sznura przy każdej beczce. Beczki były opróżniane pierwsze, później były wykorzystywane do opróżniania ustępów za pomocą dużych garnków na kijach używanych, by wygarniać ich zawartość. Wszystko to było niesione około dwustu jardów w dół stromą ścieżka i opróżniane do rzeki.

W każde święta Bożego Narodzenia byliśmy dzieleni na grupy po około stu mężczyzn i maszerowaliśmy pięć mil do pobliskiego miasta Marienburg do miejscowego lazaretu. Tam golono nam głowy a nasze ubrania wysłano do odwszawiania w specjalnych piecach. Kiedy wzięliśmy prysznic zakładaliśmy nasze jeszcze gorące ubrania i maszerowaliśmy z powrotem do obozu. Trwało to cały dzień od 6:00 rano do 8:00 wieczorem. Podczas naszej nieobecności w obozie Niemcy przeszukiwali nasze baraki i rzeczy. Kiedy wracaliśmy, jedzenie z paczek Czerwonego Krzyża, papierosy, mydło itp. znikały, ale oczywiście nikt nic o tym nie wiedział. W późniejszym okresie mieliśmy drewniane koryto z bieżącą wodą i rzędem toalet gdzie można było siąść. Również w końcu doczekaliśmy się umywalni z instalacją do odwszawiania, gdzie mogliśmy wziąć gorący prysznic kiedy naszego ubrania były odwszawiane.

Komanda robocze były zbierane przez strażników każdego ranka o godzinie 6:00. Niektórzy jeńcy ładowali i rozładowywali węgiel w na stacji w pobliskim mieście (oni często widzieli pociągi z wagonami oznaczonymi Czerwonym Krzyżem pełne paczek żywnościowych przeznaczonych dla niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim), inni byli kierowani do pracy w różnych miejscach północnych Niemiec, kilku do miejscowych gospodarstw rolnych. Jeńcy pracowali w cukrowni lub dużych gospodarstwach rolnych przy zbiorach zboża, ziemniaków, buraków cukrowych, brukwi itp. Często wysyłano dodatkowych jeńców do pomocy i pewnego razu ja także byłem wysłany jako pomocnik. Kilka pól było tak wielkich, że stojąc pośrodku nie widać było jego końców! Zimy bywały tak surowe, że musieliśmy używać kilofów aby wydobywać buraki cukrowe.

W obozie był dwa razy dziennie sprawdzany stan obozu o 7:00 rano i 4:00 po południu. Wiele razy byliśmy trzymani na mrozie, ponieważ ktoś się spóźniał lub Niemcy nie mogli się kogoś doliczyć. W ciągu dnia był jeden gorący posiłek, w południe, chochla brukwi z zupą ziemniaczaną. Zgadywaliśmy przepis na tę zupę – musiała to być jedna brukiew i dwa ziemniaki na pięć galonów wody. Po sprawdzeniu obecności o godzinie 4:00 po południu ustawialiśmy się w grupach po pięciu i otrzymywaliśmy jeden bochenek czarnego chleba z pięcioma łyżkami dżemu, zsiadłej serwatki albo szlamowatej pasty rybnej (wyglądającą, pachnącą i smakującą obrzydliwie) do posmarowania. Nasze łóżka stały w dwóch rzędach po obu stronach wzdłuż całego baraku. Ci którzy spali na dolnym poziomie musieli walczyć ze szczurami, które wchodziły przez deski podłogowe. Wszyscy cierpieliśmy z powodu pokąsania przez insekty tak bardzo, że czasami uciekaliśmy w nocy z łóżka. Próbując uwolnić się od wszy i pluskiew odwracaliśmy nasze ubrania na lewą stronę i okadzaliśmy je dymem z płonącego woskowanego papieru. Zapach pozostawał na kilka godzin. Zimy były bardzo ciężkie, z przejmującymi zimnymi wiatrami ze śniegiem wiejącymi od strony Rosji. Lata były gorące i suche. Piasek, na którym obóz został zbudowany, był wylęgarnią dla pcheł oraz much i nasze nogi od kostek do kolan były spuchnięte jak beczki od ukąszeń.

W 1941 roku zaczęły docierać paczki z Czerwonego Krzyża. To był dla nas wielki dzień! Jedna paczka była dzielona między dwudziestu mężczyzn! Jaki był mój udział? Trzy landrynki. Pomimo tego, bardzo to nam to poprawiło humor i przyszłość wydawała się nam trochę bardziej różowa. Później w 1942 roku wydzielono jeden barak dla celów „rekreacyjnych”. Na jednym jego końcu zbudowaliśmy małą scenę i zorganizowaliśmy krótkie przedstawienie pod tytułem „Babes In the Wood”. Większość strojów została zrobiona z pomalowanej marszczonej bibuły natomiast dekoracje zostały namalowane przez naszego artystę Billa Firth. Scenariusz i muzyka zostały przygotowane przez naszego tłumacza Normana Wylie. Na pierwsze przedstawienie przybył dowódca obozu wraz z jakimiś niemieckimi urzędnikami. Kilka tygodnie później dostaliśmy pianino i inne instrumenty muzyczne, na skutek jak myślę wizyty w obozie urzędników Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ale oficjalnie oczywiście z powodu dobroci Niemców! To umożliwiło powstanie zespołów: małej grupy jazzowej, zespołu muzyki klasycznej i małej orkiestry dętej. Wszyscy robili to aby podnosić morale i utrzymywać patriotyczny nastrój w myśl zasady “jesteśmy Anglikami i jesteśmy z tego dumni”.

Kiedy przybyliśmy do Stalagu 20B, Francuzi byli już w obozie i zajęli najlepsze baraki oraz najlepszą pracę w obozie, w komendanturze Stalagu i w pobliskim mieście Marienburg. Pod koniec 1943 roku około dwustu Serbów wmaszerowało do obozu. Niestety przynieśli z sobą dur brzuszny. Kilku wtedy zmarło i musieliśmy zdezynfekować wszystkie baraki. Ogolono nam głowy a nasze ubrania zostały odwszone. Otrzymaliśmy zakaz zbliżania się w pobliże kwater Serbów. Wkrótce po tym do obozu przybyła grupa około stu Włochów. Byli na froncie wschodnim, gdzie odmówili walki. Byliśmy zdumieni, że oni zrobili to aby dostać się do obozu i przez chwilę trzymaliśmy się od nich z daleka.

Jedno wydarzenie, które wspominam i uśmiecham się w myślach do siebie, miało miejsce kiedy zostałem skierowany aby sprzątać teren dookoła obozu. Zamiatałem przed pokojem strażników kiedy dostrzegłem na trawie jajko! Torowałem sobie drogę do niego, bardzo pilnie zamiatając i kiedy podszedłem blisko szybko je podniosło. W każdym razie jajko to też posiłek! Gdy tylko je podniosłem zobaczyłem, że to była sama skorupka, zostało wydmuchnięte! Nie dałem nic po sobie poznać, że dałem się nabrać i schowałem ją w mojej kieszeni, choć irytowały mnie odgłosy śmiechu dochodzące z pokoju strażników. Następnego dnia także sprzątałem ten sam teren i ostrożnie podrzuciłem jajko z powrotem. Nasz tłumacz powiedział mi później, że dowódca obozu przechodząc podniósł jajko i wszedł do pokoju strażników chcąc wiedzieć, który tępy strażnik jest za to odpowiedzialny i dlaczego ośmielają się obrażać Fuhrera! Ktoś namalował na jajku podobiznę Hitlera!

Jedną z rzeczy, którą nauczyłem się w szkole była oprawa książek. To było bardzo użyteczne dla moich kolegów, którzy otrzymywali z domu paczki z książkami, które były bardzo zużyte. Większość książek potrzebowała naprawy z jednym wyjątkiem – siedmiu kopii “The Decline and Fall of the Roman Empire”. Widocznie jakiś kioskarz skorzystał z okazji aby się ich pozbyć.

Czasami, kiedy wracam wspomnieniami do tamtych czasów zastanawiam się czy jeden z jeńców dotrzymał swojej obietnicy. On pracował w gospodarstwie rolnym w południowych Niemczech i zakochał się w córce rolnika. Oni zdecydowali się przekroczyć granice i uciec do Szwajcarii aby spróbować dotrzeć do Anglii. Dziewczyna zorganizowała wszystkie niezbędne papiery, a żołnierz wrócił do obozu pod pretekstem wizyty u lekarza. W obozie uszyto mu z koców cywilny garnitur, który on założył pod mundur kiedy wrócił do gospodarstwa. Kilka dni później usłyszeliśmy od niemieckich strażników przez tłumacz, że para dotarła do granicy. On przekroczył ją bezpiecznie, ale dziewczyna została zatrzymana. Żołnierz wrócił jednak i dał się schwytać. Obiecał dziewczynie, że kiedy wojna się skończy wróci dla niej. On został zatrzymany w areszcie. Ona zaś została ubrana w więzienne ubrania, obcięto jej włosy i oprowadzano ją po okolicznych miastach i wsiach z tabliczką powieszona na szyi “oddałam się wrogowi”.

W końcu zostałem wysłany do szpitala, gdzie usunięto resztki odłamków z mojego uda (zostałem ranny w 1940 kiedy dostałem się do niewoli we Francji). Wracając do obozu zerwałem pachwinę od skakania na jednej nodze. Ostatecznie opuściliśmy obóz o godzinie 2 w nocy 24 lutego 1945 roku po czterech i pół roku pobytu.


Tłumaczył: Andrzej Gilewski